Blondynka w Barcelonie

DSC00316Po wizycie w Japonii myślałam, że już mnie nic nie zaskoczy. W końcu to drugi koniec świata. Okazuje się jednak, że nie trzeba daleko szukać, by zadziwić się zwyczajami i kulturą choćby Hiszpan. No – przesadziłam – nie do końca Hiszpan. Katalończyków. catalan10Katalonia jest jednym z najbardziej charakterystycznych obszarów półwyspu iberyjskiego. Mimo, że oficjalnie należy do Hiszpanii, w zbliżających się wyborach silna opcja polityczna walczy o uniezależnienie i niepodległość. To widać na każdym rogu ulicy – balkony obwieszone są flagami katalońskich barw. Przed wyjazdem sporo czytałam. Nie zaskoczył mnie fakt, że sklepy są tam zamknięte w samym środku dnia. Nie dziwiło mnie imprezowanie do 10.00 rano. Ale kilka zaobserwowanych tu zjawisk, rzeczywiście dało mi do myślenia. Będę o tym wspominała w kolejnych wpisach. Ja podzielę się swoją perspektywą. Nie będę pisała, jacy to Hiszpanie są dziwni – bo nie są. Po porstu są nieco…inni. Fascynująco i zabawnie jednocześnie. Aktualnie mieszkam i okupuję Barcelonę. Niby 100km2 powierzchni, 5 milionów mieszkańców, ale za dnia to miasto zionie pustką!  Raz na jakiś czas stylizowana nowocześnie taksówka z niedobitkami imprez i tyle. Polskie miasta tętnią życiem mniej więcej do 21.00. Tu tętnią jedynie plaże i centra handlowe. Stolica europejskiej mody, wystawiennictwa i kultury zamiera w środku dnia. Gdzieniegdzie otwarte sklepy z owocami (3-4 razy droższymi niż w supermarketach), najczęściej obsługiwanymi przez Koreańczyków. Basta. Swoja drogą cudownie jest rozmawiać z Koreańczykiem lub Japończykiem mówiącym płynnie po hiszpańsku. Mieszkam przy samym Placu hiszpańskim. To centrum z którego łatwo dostać się praktycznie wszędzie, z ciekawości zaś urządzam sobie codziennie piesze wędrówki po barcelońskich alejkach. DSC00220 (2)I tutaj napotykamy kwestie przemieszczania się po ulicach. Kiedy jesteś w Barcelonie, musisz przyjąć za fakt 3 rzeczy:
  • Po pierwsze – zebra jest niewidzialna. Pasy dla pieszych są zaznaczone jedynie linią brzegową, by turyście wiedzieli gdzie mniej więcej mają podążać za tłumem życia nocnego.
  • Po drugie, ulice są użytkowane przez 3 rodzaje pojazdów: samochody, skutery/vespy (począwszy od nastolatków, przez damy z pieskami a na emerytach w garniturach kończąc) oraz wózki sklepowe. Każdego dnia spotykam co najmniej 3-4 osoby pchające po ulicy wypakowany wózek sklepowy z supermarketu. Kto by się tam przejmował?
  • Po trzecie – pierwszeństwo ma ten, komu wydaje się, że na pierwszeństwo.  Ludzie swobodnie przechodzą na czerwonym świetle. Prowadzący pojazdy rozkosznie zatrzymują się na środku drogi by porozmawiać z sąsiadką.  Kto by się przejmował korkami w 5tej co do wielkości metropolii Europy…
Kolejną kwestią, jak już jesteśmy na ulicach – jest bezproblemowe podejście mieszkańców (turystów?) do porządku. Nie dziwię się władzom miasta, że myślą nad ograniczeniem napływu turystów do Barcelony. Sama byłam świadkiem jak młode dziecię w wieku nastoletnim bezceremonialnie wyrzuciło pod nogi worek foliowy po przekąsce. Nie omieszkałam mu zwrócić uwagi i poprosić, by wyrzucił śmieć do stojącego kilka metrów dalej kosza. Jego zdziwienie , szok i niedowierzanie warte były zrobienia sceny;).  Osoby bezdomne kulturalnie drzemiące pod zabytkami historycznymi dziwnie mieszają się z rozkrzyczanymi nastolatkami z irokezami okupującymi fontanny. Policja jest, na motocyklach patroluje raz na jakiś czas okolice plaży. Częściej widuję puste zaparkowane auta policyjne niż ich ludzkie dopełnienie. I ten kontrast, między zachęcającymi do porządku tabloidami a rzeczywistym zachowaniem mieszkańców (stałych i tymczasowych). 88cafc5500f6c58bfa1c9fbd45ee5163W kwestii architektoniczej – Barcelona mnie zachwyca. Mieszkam w dzielnicy zaprojektowanej przez słynnego Idelfonsa Cedrę, powiedzmy „ojca” urbanistyki europejskiej (choć teoretyka, nawiasem wspominając). Układ ulic biegnie na planie kwadratów o ściętych rogach, z taką samą szerokością ulic (20m) i linii bloków (113m). Charakterystyczny jest dla dużej części miasta. Z lotu ptaka wygląda to niesamowicie. Z perspektywy pieszego – łatwo się zgubić. Ratują mnie nieco różniące się żelazne żaluzje  broniące sklepów, oklejone innymi naklejkami i ozdobione oryginalnym graffiti. Błądząc tymi uliczkami mam nieodparte wrażenie, że Barcelona o różnych porach dnia jest zupełnie innym miejscem – rano – miastem starszych ludzi spacerujących z pieszczochami – w południe – apokaliptyczną zaśmieconą pustynią o suchych palmach i studzienkach zionących oparami, wieczorem – miastem młodych, odważnych, modnych ludzi. O tych ludziach i zaułkach jeszcze wspomnę w następnych wpisach. Jeszcze tylko o ciekawostkach sklepikarskich. Bardzo rozbawiło mnie sąsiedztwo sklepów z asortymentem magicznym i dewocjonaliów. Można kupić w promocji szklana kulę i dostać gratis obrazek świętego męża. Sklepy prowadzone przez Azjatów reklamujące oryginalne produkty hiszpańskie, wystawione na słońce cukierki o gwarantowanej świeżości i Basary na których można kupić wszystko, od świeczek w kształcie damskiego biustu po wieszaki na palta. Momentami, mam wrażenie, że lokalni mają turystów za totalnych idiotów. Nie wspominając, że przy głównej Rambli (bulwarze spacerowym) ceny wywindowane są nieziemsko w górę, to choćby przykład z sąsiedztwa – za wjazd na taras widokowy nad pobliskim centrum handlowym trzeba zapłacić 1 euro. Widok piękny, miłe restauracje w pobliżu, wszystko super. Gdyby nie fakt, że w to samo miejsce da się za darmo dostać schodami ruchomymi usytuowanymi nie dalej niż 20 metrów obok w środku świątyni konsumpcjonizmu!  Cóż, coś jest warte tyle, ile ktoś jest gotowy za to zapłacić. DSC00325 (3)Na dziś kończę, bo rozkręcenie grozi kolejnymi akapitami zachwytów i zgrzytów. Przede mną kolejny dzień zdziwień. I Tobie życzę ich pozytywnych treści! Agata

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress