Blond in Japan – część 2

DSC00964   Blondynka na końcu świata w drugiej odsłonie-imperium smaku, kimonowe szaleństwo oraz tajemnice religijnych obrzędów. Podekscytowani schodzimy na śniadanie. To dziś mamy się zetknąć z duchowym wymiarem kultury japońskiej. W tym wpisie skoncentruję się też na smakach… Jak to będzie…?   Było… aromatycznie. Apetyczne zapachy pieściły nasze zmysły już od hotelowego aneksu jadalnego. W wielkim termogarńcu bulgotała świeża zupa misio. Ehem – miso. Rybna rozkosz podniebienia;). Japończycy zaczynają dzień od miseczki zupy i miseczki ryżu. Nazwa miso zaczerpnięta jest z pasty o tej samej nazwie, na bazie której posiłek ten jest przygotowany. W skrócie mówi się na to zupa rybna, choć tak naprawdę podstawowym jej składnikiem jest aktywna biologicznie (mądra nazwa) sfermentowana soja! Nasz bufet hotelowy był przygotowany zgodnie z europejskimi standardami, a mimo to nie widziałam Japończyka jedzącego pieczywo, choć podobno na modę zachodnią staje się to coraz bardziej popularne. Japończycy których spotkałam nie jedli kanapek. Wynaleźli zamiast tego (o)bento – czyli jedzenie przygotowane na później (lunch) pakowane w specjalne pudełeczka… Nierzadko takie drugie śniadanie urasta do rangi dzieła sztuki. Zobaczcie sami:
bento

bento

 
bento

bento

                    Jedzenie w Japonii pełni znacznie więcej funkcji niż nam, naiwnym Europejczykom mogłoby się wydawać. Otóż dla Japończyka nie tylko ważne jest jak smakuje potrawa, lecz także jak wygląda, w jaki sposób skomponowane są poszczególne smaki i kolory oraz jaką niosą za sobą symbolikę wykorzystane produkty. Kuchnia japońska słynie ze swojej prostoty i elegancji. Osobiście bardzo mi to odpowiada – nie chodzi bowiem o to, by pół dnia przestać w kuchni, ale by przygotować posiłek szybko, zdrowo i wygodnie. Niekoniecznie zgodnie z kanonami smaku znanymi nam, bladym twarzom. Smaki japońskich dań których kosztowałam były…delikatne. Powiedzmy sobie szczerze-bardzo delikatne. Właściwie ledwo wyczuwalny posmak wielu z dodatków miał jak podejrzewam jedynie dopełnić kwintesencję  serwowanej potrawy. Świetnym przykładem ilustrującym „delikatność smaku” są np. piękne i smukłe grzybki enoki, które na surowo mają intensywność smaku równą 1/5 posmaku pieczarki. Za to są po ugotowaniu bardzo lekkostrawne.
enoki

enoki

                 
marchewska

Jakbyś wcześniej nie zauważył mamy obecnie jesień

Wracając do symboliki – charakterystyczną cechą tamtejszej kuchni jest akcentowanie wizualne – gałązka jodły czyli niebezpieczeństwo, któremu stawiamy czoła, , różowa śliwka symbolizująca czas kwitnienia wiśni, dodatek z marchewki w kształcie liścia klonu symbolizuje jesień oraz czas plonów – wszystko po to, by np. jedzący przypadkiem nie zapomniał, jaka obowiązuje właśnie pora roku.          
DSC01386

naleśniki z plastiku

O wadze przykładanej do wyglądu potraw świadczy rozwijający się prężnie przemysł związany z produkcją jedzenia wystawowego – od co najmniej 40 lat wytwórnie plastikowego jedzenia doskonale imitującego świeże przekąski, zupy i dania cieszą się popularnością wśród japońskich restauratorów. Zyskuje każdy – klient patrząc na wystawę restauracji z wyeksponowanym jedzeniem nabiera apetytu i zawsze może wyciągnąć kelnera z pomieszczenia by pokazać mu, co zamawia; restaurator nie ustępuje konkurencji w popisywaniu się serwowanymi przysmakami; wytwórca plastiku ma stałych nabywców swoich produktów. Hmmm… właściwie to cierpieć może tylko tarmoszony przez klientów kelner… Jednak jako pracowity Japończyk nie będzie narzekał.
deser lodowy z plastiku

deser lodowy z plastiku

 
DSC00515

co na obiad?

             
DSC00692

plastikowe mięso

                 
DSC00905

Asakusa

  Po śniadaniu udaliśmy się do najstarszej świątyni tokijskiej w dzielnicy Asakusa- Sensoi-ji. http://www.senso-ji.jp/about/index_e.html Marcowego poranka prawie 1400 lat temu dwaj rybacy wyłowili z wód Sumidy błyskotkę. Okazało się, że był to posążek buddyjskiego bóstwa Bodhisattva Kannon. Od tamtej pory w miejscu domostwa ówczesnego wodza wioski powstała świątynia uważana za najstarszą w Tokio.      
Kaori pokazująca rytuał obmycia rąk

Kaori pokazująca rytuał obmycia rąk

Po drodze pilot opowiadał nam o zróżnicowanym życiu i świecie duchowym Japończyków. Tradycyjną religią, a raczej ruchem filozoficznym jest Shinto – tradycyjne wierzenia Japończyków oparte na wielobóstwie. O fascynującej mitologii japońskich bogów nie będę jednak teraz pisała. Poprzestanę na jedynie kilku ciekawostkach. Niektórzy mylą shintoizm z sekciarstwem – to nie do końca to samo. W ramach głównego, aczkolwiek wewnętrznie zróżnicowanego nurtu, powstały odłamy o charakterystykach sekt. Wyznawcy shintoizmu nie posiadają świętych ksiąg i odgórnie zdeterminowanych obrzędów – każdy modli się tak, jak chce – lub jak zostało mi wpojone przez rodzinę. Klasyczna modlitwa nie ma narzuconych słów – każdy indywidualnie ją wypowiada na głos lub w myślach.    
rytuał obmywania nie taki trudny jest - to zaledwie 8 gestów

rytuał obmywania nie taki trudny jest – to zaledwie 8 gestów

Okadzanie

Okadzanie

Podczas wizyty w świątyni należy pamiętać o 3 rzeczach – okadzeniu się, obmyciu rąk i ust (oczyszczeniu) oraz o tradycyjnym „pomodleniu” w świątyni. Takie pomodlenie polega na zatrzymaniu się przy konstrukcji na datki –  rzucenie monety symbolizującej/jako jałmużnę – pokłonie, dwukotnym (najczęściej) klaśnięciu.              
japońskie kadzidła

japońskie kadzidła

 
ładne i groźne

ładne i groźne

   
Centralny ołtarz

Centralny ołtarz

            Obok centralnego ołtarza na którym oprócz tradycyjnych ofiar w postaci owoców i warzyw (które duchowni potem oddawali potrzebującym lub zwierzętom) znajdowały się ku mojemu zdumieniu także batoniki i inne opakowane w folie produkty z supermarketu. Niegłupio być w sumie takim bóstwem… Podejrzewam, że na jego miejscu nie miałabym na co narzekać. No. Może jedynie to echo oklasków…        
szufladki z wróżbami

szufladki z wróżbami

 
tablica odprawianych nabożeństw

tablica odprawianych nabożeństw

"liczydła" z modlitwami

„liczydła” z modlitwami

Kolejna ciekawostka – mnisi są naprawdę przedsiębiorczy. Przy wielu świątyniach jakie odwiedzaliśmy ustawione były specjalnie skrzynie w których za uiszczeniem drobnej opłaty można było otrzymać wróżbę. Jeżeli wróżba się spodoba, to świetnie, warto ją przygarnąć. Jeżeli jednak niekoniecznie, należy ją odłożyć lub owinąć na specjalne „liczydła” zawierające także modlitwy, prośby i podziękowania.                                
za tori...

za tori…

Za tori (bramą) strzegącą wejścia do świątyni i ozdobioną wojownikami odstraszającymi złe moce, znajduje się część handlowa Asakusy. Oprócz słynnego sklepiku z kimonami prowadzonego przez jedyną Geishę ze świata Zachodu (właściwie Australi będąc dokładnym- http://facet.wp.pl/kat,70996,wid,14336292,wiadomosc.html) można znaleźć tu istne precioza…         DSC00967Wielobarwne stragany na których można dostać zarówno tradycyjne japońskie słodkości jak i cuda ze słomy, wachlarze czy parasolki z rękojeścią katany, ciągną się setki metrów ciesząc oczy i zatrważając portfele turystów. Ja również nie mogłam się oprzeć kupnu karminowego kimona.      
DSC00852

Wojownik strzegący świątynię przed złymi duchami

       
słodkości

słodkości

                         
precioza

precioza

błyskotki

błyskotki

Zadziwiające, że sprzedawane tam drobiazgi (szpilka do włosów) sięgały zawrotnych cen kilku tysięcy polskich złotych, mimo że ich wykonanie warte było zaledwie kilkunastu. Jedno jest nie do podważenia – czuć w tym miejscu ducha Japonii. A może nawet bardziej niż ducha czuć tamtejsze smakołyki. Postanowiłam spróbować jednego  z apetyczniej wyglądających przedstawicieli tamtejszego imprerium smaku.
DSC01009

smakołyk?

Hmmm… oprócz tego, że sprzedawca sumiennie nie pozwolił mi oddalić się z wytyczonego „miejsca spożycia towaru na stojąco” (gdzieżby jeszcze niechcący blondynka wysmarowała towary innych sprzedawców!) to jeszcze jego niesamowita faktura… Wyobraźcie sobie ciepłą kluskę na patyku. Taką średnio kształtną kluskę obtoczoną w blado pomarańczowej mące, która za nic na świcie nie chce się rozpłynąć w ustach. Kluska jest średnio nasycona smakowo (bo nie smak jest przecież najważniejszy). Liczy się jej kształt, słodki zapach i fakt, że jest sprzedawana w promocji od razu na 3 sztuki. Ciężko było mi od razu wykończyć choćby jedną (całe szczęście w pobliżu grasował mój maż:)).    
kalosze na obcasie

kalosze na obcasie

Podczas spaceru między straganami nie mogłam się oprzeć podglądaniu Japońskiej mody. Oprócz spotykanych od czasu do czasu młodych ludzi w kimonach, które jak się okazuje wracają do łask, ku własnej uciesze mogłam podziwiać kalosze na obcasie ( wytropione przez Pawła), trampki na koturnach i kilogramy męskich plastikowych pierścieni.            
DSC00970

takie tam…botki

DSC01028

na tatami

                Prawdziwej jednak ubraniowej rozkoszy doświadczyłam niedługo potem. Nasi przewodnicy – Kaori oraz Adi zabrali nas na pokaz parzenia herbaty.        
DSC01031

specjalni goście

                Mistrzowie ceremonii początkowo opowiedzieli o pieczołowitości tego obrzędu, po czym precyzyjnymi ruchami udowadniali, że tylko wybrani są w stanie osiągnąć ich poziom wtajemniczenia. Ze względu na nasze ograniczone (ślepotą kulturową) możliwości podziwiania kunsztu przygotowania tego wyjątkowego dla nich płynu, program z 3 godzin został skrócony do zaledwie 30 minut, co i tak dla wielu uczestników było sporą przesadą. Ile można parzyć herbatę?!
miejsce gdzie dzieje się magia

miejsce gdzie dzieje się magia

Wraz z mężem jak zahipnotyzowani śledziliśmy taniec dłoni prezentujących. Fakt, jakoś wewnętrznie czułam,  że nie chcę by ten eksperyment dobiegał końca. Tak przyjemnie wzrokiem podążałam za sprytnymi gestami składania serwetek, że na moment straciłam poczucie czasu. Gdy zapytano, czy ktoś chciałby usiąść bliżej na matach tatami – ani chwili się nie wahaliśmy. Po kilkunastu minutach co prawda nie czuliśmy stóp, gdyż dziarsko staraliśmy się przybrać „prawidłową postawę do sączenia i medytacji nad podawaną herbatą”- seiza, co w praktyce oznacza siedzenie na skręconych stopach. Ale my nie damy rady? Daliśmy, choć tatami (którym swoją droga odmierzany jest metraż japońskich mieszkań w mowie potocznej) wcale nie grzeszą miękkością.   Jeszcze słówko o tatami. To nic innego jak maty wypełnione słomą ryżową, obite warstwą trawy igusa (czymkowiek igus by nie był). W porze deszczowej zapach ziół staje się intensywny i kojący. Podobno przeciętne mieszkanie japońskiej rodziny to w przybliżeniu 5 mat tatami. Nie wtargnęłam co prawda do prywatnych apartamentów mieszkańców Tokio, lecz sądząc po szerokości murów ich domów, wcale bym się nie zdziwiła gdyby była to prawda. Aha, wymiary tatami 90x180x5 cm.      
DSC01037

o tacy jesteśmy dzielni

Gdy zgłosiliśmy się na ochotników do zajęcia miejsc na poduszkach ułożonych na tatami jeszcze nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, czego doświadczymy. Okazało się, że na potrzeby pokazu ceremonii staliśmy się gośćmi honorowymi – żywym materiałem, który jako pierwszy testował herbatę przyrządzaną z tak ogromnym oddaniem. Miałam możliwość przyjrzenia się z bliska rytmicznie powtarzanym czynnościom. Przemywanie naczyń, ceremonialne przyglądanie się rozsypanemu proszkowi (obowiązkowo proszek herbaty machy ma przypominać górę Fudżi w czarce), sposób chwytania narzędzi oraz najpiękniejsze – ceremonialne ruchy dłoni podczas układania serwetek – wzbudziło mój szczery podziw. Przygotowanie napoju ma nie tyle spełniać funkcję praktyczną, co już samo w sobie jest elementem medytacji – rozważania, zagłębienia się w duchowy świat przezywania. Na ścianie obok widniał wiersz, aktualnie opiewający piękno wodospadu (dane haiku zostało wybrane ze względu na specjalne okoliczności daty oraz naszej wizyty).
herbata usypana w górę Fudżi

herbata usypana w górę Fudżi

               
DSC01039

pokłony

Po czwartym pokłonie który miałam za zadanie wykonać, straciłam rachubę co się dzieje. Mało, że osoba przygotowująca napar się kłania podczas parzenia herbaty, robi to także osoba przejmująca czarkę i przynosząca ją gościowi (czytaj – mi), to jeszcze osoba otrzymująca napój też się kłania wypowiadając specjalną formułkę. Nie to żebym miała coś przeciwko ćwiczeniom kręgosłupa podczas tak prozaicznego w naszej kulturze zadania (zaparzenia herbaty), ale rzeczywiście – pieczołowitość przygotowań dała mi wiele do myślenia nad umiejętnością zatrzymania się i celebrowania… chwili. Mamy do czynienia z wrzątkiem i jasno sprecyzowaną najlepszą temperaturą parzenia, a każda z czynności jest idealnie zaplanowana i każdy z ruchów rąk oraz dłoni tak wymierzony, że te przygotowania zdają się wpisywać w składająca się z wielu elementów harmonijną całość. Tutaj nie ma mowy o braku uważności. I za tę uważność wymuszoną dążeniem do precyzji podziwiam mistrzów tej ceremonii. Co ciekawe, nie tylko w nas ich kunszt budzi respekt. Herbaciarnia którą odwiedziliśmy, znajduje się w sąsiedztwie biurowców i budynków biznesowych – regularnie pracownicy korporacji przychodzą tu wyciszyć się i pomedytować. Zadziwiła mnie umiejętność tego wyłączenia się „ nad czarką herbaty” zwłaszcza, że po sąsiedzku znajdował się hałaśliwy plac budowy.
DSC01033

herbaciane łakocie

Dobra wiadomość dla łasuchów – niemalże zawsze z herbatą serwowane jest słodkie ciasteczko. Nasze miało jasny kolor i znikało podejrzanie szybko. Przypominało nieco kawałek białej czekolady, która się nie rozpuszcza w palcach. Przy otrzymaniu czarki wypowiadamy formułkę ” Itta da ki mas” – smacznego (uf, jak dobrze, że mąż mnie wcześniej tego nauczył). Potem pijemy herbatę smakując każdy jej gorzki łyk. Na koniec, by pokazać, że skończyliśmy i zasygnalizować tym samym, że zamierzamy już oddać czarkę, należy głośno siorbnąć ostatni łyk. Przezabawnie to brzmiało w naszym „zachodnim” wykonaniu. ”Totalnie brak im klasy w siorbaniu”- wyczytałam ze spojrzenia adeptki ceremonii herbacianej. Po herbatce czekała nas jeszcze jedna atrakcja w tym miejscu – przymierzenie tradycyjnego kimona.    
DSC01074

mistrzowie i gandziny

Każde z przyniesionych strojów było sterylnie zapakowane. Po otworzeniu zafoliowanego stroju czuć było przyjemny zapach naturalnych ziół. Panie pomagające nam się połapać w skomplikowanych strojach, bardzo przyjaźnie oceniały, komu pasuje jaki kolor. Każda z polskich koleżanek mogła liczyć na wprawne oko specjalistki od ubioru. Zostałam zapytana, ile mam lat – dla podlotka (na którego według nich wyglądałam) są przygotowane nieco inne stroje. Ze śmiechem nieopatrznie wspomniałam głównej szefowej, że podlotkiem raczej już nie jestem, za to w trakcie podróży poślubnej jak najbardziej i zawsze chciałam przymierzyć kimono. A najchętniej jeszcze zrobić sobie w nim zdjęcie wraz ze świeżo poślubionym mężem. Gdy tylko skończyłam, zdanie szefowa tego haremu rozszczebiotała się pełnymi ekscytacji wysokimi tonami kierowanymi do pracownic. Poczułam się jakbym była wśród popiskujących drobnych ptaków krążących wokół mnie ze specjalnym namaszczeniem. Otoczyły mnie cztery specjalistki od kimon, a piąta przytaszczyła wraz z szóstą wielkie pudło ze specjalnymi strojami. Pozwolono mi wybrać kolor. Okazuje się, że panny młode są przebierane w specjalnie skrojone kimona o dłuższych rękawach.
w bieliźnie

w bieliźnie

Ponadto zamiast standardowych dwóch ręczników maskujących im talię, otrzymują gratisowo trzeci (jak mawia moja znajoma – by zupełnie zatrzeć ślady kobiecej sylwetki). Ku uciesze strojących nas dam, jako jedyna też otrzymałam do ubrania zwiewną bieliznę z krótkim rękawem misternie oplatającą całe ciało. Nic dziwnego – kimono swoje ważyło, materiał nie przepuszczał wiele powietrza, a wiązane dookoła pasa obi skutecznie uniemożliwiało ruchy. Zwężony dół tego uroczystego stroju wymuszał drobne kobiece kroczki. Teraz rozumiem, czemu panie chodziły za panami – no bo jak nadążyć robiąc takie mikre tip topy?! Ale to nie koniec. Oprócz kimona usztywniającego całą sylwetkę, na moim misternie tkanym obi (pasie) wywiązano kokardę w sposób tak precyzyjny i dokładny, iż mimo że zostałam ubierana jako pierwsza, jako niemalże ostatnia skończyłam. To znaczy – ze mną skończono. Szefowa podpięła mi włosy wkładając w kok tradycyjne ozdoby i viola! Zostałam okrzyknięta japońską panną młodą.
w kimonie na ślub

w kimonie na ślub

         
bielizna męska

bielizna męska

Co ciekawe mój mąż wyglądał w swoim stroju bardzo… przeciętnie.  Jak się potem okazało, w przypadku mężczyzn to co piękne ma kryć się w środku – Paweł otrzymał przepiękną bieliznę z wymalowaną górą Fudżi (swoją drogą Japończycy darzą wyjątkową czcią to miejsce – ciekawe jakby wyglądały stragany Zakopanego gdyby nasi górale wszędzie malowali Giewont.        
kokarda

kokarda

taka para

taka para

strojenie mężczyzn

strojenie mężczyzn

nasza grupa

nasza grupa

                                          Najbardziej wyczekanym momentem było zbiorowe zdjęcie w kimonach na tokijskiej ulicy. Okazało się jednak, że nie samo noszenie, a noszący kimona okazali się być największa atrakcją! Ciekawscy mieszkańcy miasta w zdumieniu obserwowali naszą nieporadną parade białych twarzy w haftowanych dziełach sztuki. Do tego stopnia wzbudziliśmy sensację, że przechodnie robili nam zdjęcia swoimi tabletami i komórkami! Uradowani kontynuowaliśmy naszą wycieczkę.
w firmowym sklepie SONY

w firmowym sklepie SONY

Przed nami było jeszcze zwiedzanie pałacu Cesarskiego, świątynnych zakamarków, Ginzy – dzielnicy drogich sklepów i Harajuku (czyt. Haradziuku)- ulica młodych, witająca przechodniów banerem z filmem na żywo.
jedne z najdroższych zegarków świata oryginalnie reklamowane

jedne z najdroższych zegarków świata oryginalnie reklamowane

 
Paweł i gadżeciarskie zabawki

Paweł i gadżeciarskie zabawki

                 
DSC01265

przed pałacem Cesarza

DSC01321

modlitwy i prośby

DSC01320

drzewko pod którym zawiesza się drewniane tabliczki

DSC01299

przed świątynią znajdują się baniaki  sake

Japończyk dla którego byliśmy atrakcją

Japończyk dla którego byliśmy atrakcją

         
Harajuku

Harajuku

                              To właśnie na tej ulicy można było znaleźć wszystko, co mogłoby interesować młodego Japończyka. Poniżej kilka zdjęć. Tam też byliśmy świadkami interwencji po stłuczce. Co ciekawe – wszystko przebiegało bez większych emocji – kierowca sprawca – uśmiechnięty, kierowca poszkodowany – w miarę zadowolony, policjanci obstawiający całą scenę – całkiem zadowoleni z życia i swojego szpanerskiego wozu. Fakt, że nie widzieliśmy samego zdarzenia, jednak widok uwijających się jak mróweczki funkcjonariuszy dał mi do myślenia.
i te światełka...

i te światełka…

               
DSC01381

dzielny przewodnik nie dał nam się zgubić

naleśniki z plastiku

naleśniki z plastiku

               
przed sklepem ze słodyczami

przed sklepem ze słodyczami

   
hę?

hę?

śliczne sukieneczki

śliczne sukieneczki

co wybrać?

co wybrać?

a może wianuszek?

a może wianuszek?

młode japonki

młode japonki

               
jest także sklep z trunkami i kotem na szczęście

jest także sklep z trunkami i kotem na szczęście

ups! stłuczka

ups! stłuczka

 
Paweł w kolejce. Nieco ponad przeciętny wzrost czasem był atutem

Paweł w kolejce. Nieco ponad przeciętny wzrost czasem był atutem

                                                      Uwieńczeniem wieczoru przed kolacją były zakupy w japońskim markecie. Ziemniaki w lodówce (mimo klimatyzowanego sklepu!), macki ośmiornic sprzedawane tak powszechnie jak u nas jajka i obento w najwymyślniejszych kombinacjach to tylko niektóre z tamtejszych „dziwów”. Pocieszywszy się asortymentem spożywczym ruszyliśmy do japońskiego odpowiednika empiku. A po drodze mijaliśmy niecodzienne manekiny…
pikaczu

pikaczu

     
manekiny

manekiny

        Usatysfakcjonowani kupnem 3 japońskich słowników ruszyliśmy na kolację.          
makaroniarze

makaroniarze

Piwo serwowane w termosach zatrzymujących zimno? Kurczakowe szaszłyki w trzech smakach? Makaron w galarecie przedziwnie ugotowany tylko trochę i wymieszany z surowym? Świeże fasolki soi? Sake i wino śliwkowe bez ograniczeń? Organizatorzy co wieczór zapewniali nam iście japońskie uczty samurajów. To właśnie w tej restauracji jako pierwszej dostrzegłam osławione kapcie toaletowe – czyli obuwie wkładane tylko i wyłącznie na okazję korzystania z wc.    
napoje-wino, herbata, herbata, sake

napoje-wino, herbata, herbata, sake

menu-wszystko jasne

menu-wszystko jasne

                   
korpo-integracja

korpo-integracja

Tutaj też mieliśmy okazję z bliska przyjrzeć się Japończykom z korporacji kończącym dzień pracy – około godziny 21.00 do lokalu weszła grupa identycznie ubranych młodych (?) ludzi. Dość hałaśliwie (mieli do dyspozycji boks tylko dla siebie) ucztowali przy długim wspólnym stole. Jak to możliwe, że oni tak długo pracują, tak mało śpią, a po pracy mają siły iść na firmowe integracje które notabene integracjami nie są w naszym rozumieniu, bo jak tu świętować pod lustrującym okiem szefa? Miałam ogromną ochotę popodglądać ich jeszcze trochę, jednak względy czysto gastronomiczne przyciągnęły moją uwagę.                             To był owocny we wrażenia dzień i potrzebowałam w związku z tym zebrać siły na kolejne japońskie eskapady. Wychodząc, a raczej wytaczając się z restauracji po obfitym posiłku, zastanawiałam się nad trybem życia przeciętnego zjadacza ryżu. Ciekawe, czy mogłabym tak pracować? Czy byłabym w stanie na tyle wykształcić uważność, by w huku pnącego się budowami miasta potrafić zachwycić się gorzkim naparem herbacianym? Czy po 17 godzinach pracy dałabym radę jeszcze chodzić na korporacyjne kolacje integracyjne? Czy chciałabym wracać do luksusowego, acz pustego mieszkania które jako singielka wynajmuję? W Tokio są całe dzielnice mieszkań wynajmowanych przez osoby samotne z wyboru. Ta „plaga” wpisuje się zgrabnie w tryb pracy wzorowego korpoludka (piszę to raczej z szacunkiem niż z przekąsem). Ehhh, dziwny ten kraj. Dziwny i fascynujący. Jak dobrze jest móc się zanurzyć w tej dziwności by dostrzec, jak codzienne prozaiczne sprawy mogą nabrać zupełnie nowego wymiaru. Od dziś cieszę się jeszcze bardziej choćby tym, w jaki sposób organizuję sobie pracę. A Ty?
z przewodnikami

z przewodnikami

  Do zobaczenia za tydzień na trzeciej części japońskiej opowieści.
  • magda

    jak zawsze mnie urzekło…Oh..Aguś..co Ty w sobie masz takiego,że Twoje piękne wpisy wyciskają mi łzy z oczu? czuję się tak jakbym była w Japonii… Naprawdę to takie niesamowite… ;-).

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress